Miyuki Aizawa

Dead Weight, czyli goblin za burtą, a ja poproszę następnego

2026-08-22

Lubię roguelite’y. Lubię również gry turowe, a pierwsze dwa Fallouty nadal zajmują specjalne miejsce w moim sercu. Kiedy więc zobaczyłam, że Dead Weight łączy proceduralnie generowaną przygodę, taktyczne potyczki inspirowane Final Fantasy Tactics, steampunk oraz piratów przemierzających świat na pokładzie latającego statku, nie potrzebowałam długiego namysłu.

🚨👉 Oświadczenie: 👈🚨
🚨👉Otrzymałam bezpłatny egzemplarz tego produktu do recenzji od serwisu KeyMailer👈🚨
Dead Weight, czyli goblin za burtą, a ja poproszę następnego
W Dead Weight przejmujemy dowodzenie nad niewielką załogą przemierzającą steampunkowy świat złożony z unoszących się wysp. Podróżujemy pomiędzy nimi statkiem powietrznym, pilnujemy zapasu paliwa, zbieramy wyposażenie, rozwijamy bohaterów i rozwiązujemy problemy za pomocą dyplomacji.

Oczywiście żartuję. Najczęściej rozwiązujemy je, okładając gobliny wszystkim, co akurat mamy pod ręką.
Dead Weight, czyli goblin za burtą, a ja poproszę następnego

Nad światem czuwają Pradawni Bogowie, wobec których możemy przyjąć różne postawy. Da się rzucić im wyzwanie, ale można również zostać ich wyznawcą i skorzystać z oferowanych przez nich mocy. Ten lovecraftowski motyw bardzo dobrze współgra ze steampunkową oprawą. Dead Weight nie tworzy może najbardziej rozbudowanego uniwersum w historii RPG, ale jego świat ma wystarczająco dużo charakteru, żebym chciała sprawdzić, co czeka na kolejnej wyspie.

Dead Weight, czyli goblin za burtą, a ja poproszę następnego

Proceduralne generowanie sprawia, że kolejne wyprawy różnią się układem lokacji, wydarzeniami i zdobywanym wyposażeniem. Nadal wyraźnie czuć jednak znajomy rytm gatunku: eksploracja, walka, łup, rozwój postaci, ryzyko i następna próba.

Dead Weight, czyli goblin za burtą, a ja poproszę następnego
Walki rozgrywane są w systemie turowym na niewielkich, izometrycznych planszach podzielonych na kwadratowe pola. Ograniczona przestrzeń nie jest tutaj wadą. Wręcz przeciwnie, dzięki niej niemal każde ustawienie postaci ma znaczenie.

Bohaterowie dysponują odmiennymi zdolnościami, a ich możliwości możemy rozwijać poprzez klasy, umiejętności i znalezione wyposażenie. Tworzenie własnych konfiguracji daje sporo satysfakcji, szczególnie kiedy elementy buildu zaczynają ze sobą współpracować, a wcześniej niebezpieczna drużyna przeciwników zmienia się w zestaw bardzo niefortunnych worków treningowych.
Najważniejsza mechanika?

Możliwość spychania przeciwników z wysp.

Naprawdę trudno opisać radość, jaką daje obserwowanie goblina znikającego za krawędzią planszy. Nie ma znaczenia, jakie miał statystyki, ile zostało mu punktów życia ani jak bardzo był przekonany o swoim zwycięstwie. Jeden dobrze wymierzony ruch i rozpoczyna przyspieszony kurs latania bez statku.

To mały element, ale znakomicie wykorzystuje konstrukcję aren i dodaje walkom przestrzennego myślenia. Czasami przepaść okazuje się skuteczniejsza od najlepszego miecza.
Dead Weight, czyli goblin za burtą, a ja poproszę następnego
Dead Weight wygląda ślicznie. Szczegółowy, izometryczny pixel art świetnie pasuje zarówno do taktycznych starć, jak i steampunkowego świata. Latające wyspy, maszyny, statki oraz projekty postaci tworzą spójną całość, która od razu przyciągnęła moją uwagę.

Nie jestem zresztą odosobniona w tej opinii. W internetowych dyskusjach gracze bardzo często wyróżniają oprawę jako jedną z największych zalet produkcji. W dyskusjach w internecie chwalono szczegółowy, oldschoolowy pixel art, natomiast kilka opinii wskazuje, że steampunkowy kierunek artystyczny to jeden z elementów, które najmocniej budują pierwsze wrażenie.

I tutaj całkowicie się zgadzam. Dead Weight najpierw sprzedaje swój świat wyglądem, a dopiero później zatrzymuje gracza systemem walki.

Dead Weight, czyli goblin za burtą, a ja poproszę następnego
Trzeba jednak powiedzieć wprost: Dead Weight nie próbuje wywrócić gatunku do góry nogami.

Jeżeli graliście wcześniej w kilka roguelite’ów, większość konstrukcji rozgrywki będzie dla Was znajoma. Proceduralna mapa, kolejne podejścia, losowe wydarzenia, rozwijanie buildu i stopniowe poznawanie systemów to bardzo dobrze przetestowany zestaw pomysłów.
Dead Weight bierze tę formułę i umieszcza ją w nowym, naprawdę atrakcyjnym settingu. Nie uważam tego za poważny zarzut. Nie każda gra musi na nowo wynajdować koło, szczególnie jeśli potrafi je ozdobić mosiężnymi rurami, zamontować pod sterowcem i wysłać do walki z Pradawnymi Bogami.

Niektórzy gracze zwracają jednak uwagę, że początkowo walka może wydawać się powolna lub nieco toporna. Według kilku opinii, z czasem staje się ona znacznie bardziej wymagająca, dynamiczna i satysfakcjonująca. Pojawiają się również uwagi dotyczące zbyt podobnych do siebie późniejszych pętli rozgrywki oraz historii, która nie wykorzystuje w pełni osobowości członków załogi.

Rozumiem te zarzuty. Bohaterowie mają własne style gry i wizualną tożsamość, ale aż proszą się o więcej interakcji, rozmów oraz powodów, dla których właściwie biorą udział w tej podróży. Mechanicznie są interesujący, jednak fabularnie mogliby otrzymać więcej przestrzeni.

Powtarzalność jest natomiast zależna od tolerancji na podstawową pętlę roguelite’a. Jeśli kolejne podejścia i dopracowywanie buildów są dla Was nagrodą samą w sobie, zapewne nie będzie to duży problem. Jeżeli oczekujecie ciągłego napływu zupełnie nowych mechanik, Dead Weight może wcześniej zacząć kręcić się w kółko.
Dead Weight, czyli goblin za burtą, a ja poproszę następnego
Czy warto wejść na pokład?

Zdecydowanie tak, pod warunkiem że lubicie turową taktykę, roguelite’y, pixel art albo steampunk. Najlepiej oczywiście lubić wszystkie cztery rzeczy naraz.

Dead Weight nie rewolucjonizuje gatunku, ale łączy jego sprawdzone elementy w spójną, klimatyczną i bardzo wciągającą przygodę. Taktyczne walki potrafią dać sporo satysfakcji, rozwijanie postaci zachęca do eksperymentowania, a oprawa sprawia, że odkrywanie kolejnych wysp długo pozostaje przyjemne.
Dead Weight, czyli goblin za burtą, a ja poproszę następnego
Odbiór graczy również jest wyraźnie pozytywny. W chwili pisania recenzji gra posiada na Steamie ocenę „bardzo pozytywną”, przy około 84 procentach przychylnych opinii. Jednocześnie warto pamiętać o powtarzalności późniejszych etapów, umiarkowanie rozbudowanej historii i dość spokojnym początku systemu walki.

Dla mnie największą zaletą Dead Weight jest to, że doskonale wie, czym chce być. Nie udaje rewolucji. Dostarcza znajomą formułę w świeżym świecie, z bardzo ładnym pixel artem, przyjemnym rozwojem drużyny i goblinami, które można spychać w bezkresną przepaść.

A czasami właśnie tyle potrzeba mi do szczęścia. 😌

Trailer:

Ta treść z YouTube jest wyłączona do czasu wyrażenia zgody na treści zewnętrzne.

Dead Weight, czyli goblin za burtą, a ja poproszę następnego

Komentarze (Potrzebne konto na GitHub)

Komentarze Giscus są wyłączone do czasu zgody na treści zewnętrzne.

Powrót do bloga

Twoja prywatność

Niezbędne technologie utrzymują stronę i zapisują Twój wybór. Statystyki oraz treści zewnętrzne uruchomimy tylko za Twoją zgodą. Dowiedz się więcej.